Lot w nieznane LIP25

Tags

Related Posts

Lot w nieznane

Jeśli czegoś bardzo pragniesz, to cały świat potajemnie… robi ci na złość.

ODPRAWA W BERLINIE

A prosiłem go – żadnych numerów podczas odprawy. Szwabi to naród, który nie zna się na żartach. Poza tym pewnie wciąż nie mogą nam wybaczyć przegranej wojny.

- Wiezie pan jakieś niebezpieczne przedmioty? – zapytała pani na odprawie mrugając oczkiem.
- Tylko Andrzeja – odparłem zalotnie i kiwnąłem w stronę kolegi stojącego za mną.
- Och, to pewnie będziemy musieli wziąć go na kontrolę osobistą… A wolałabym nie jego, a…
- … a ja poznam panią ze swoimi rodzicami, jeśli go dziś zamkniecie. Stoi?
- Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziała salutując (WTF ??) i przygryzając delikatnie wargę.
Odszedłem parę kroków i zanim pomyślałem, że jeszcze nie spotkałem tak fajnej pani_od_odprawy_paszportowej, usłyszałem…
- … tak, mam 4 zapalniki. Ale nie w podręcznym. Już przeszły odprawę wcześniej…
To był Andrzej, który chyba chciał być zabawny.
- Proszę wyjąć wszystko z bagażu i stanąć pod ścianą!
Odwróciłem się i ujrzałem go wzruszającego ramionami.

Nie było go raptem 5 minut. Zaprowadzili go do osobnego pomieszczenia, gdzie jakimś odkurzaczem przejechali po całym jego sprzęcie, po czym stwierdzili, że jest „clean” i puścili dalej.
Gdy 13 godzin później otwieraliśmy w pokoju walizki, Andrzej krzyknął:
- Co za banany! Rozkradli mi cały dobytek! I jeszcze się tym chwalą!

- Komi, weź mi to przetłumacz.
- No jak widzisz zabrali ci twoje 4 zapalniki. Swoją drogą, po cholerę brałeś tyle zapalniczek?
- A wiesz, że nie wiem. Miałem o tym pomyśleć w samolocie, ale nie zdążyłem. Ciągle dumałem, po kiego zapakowałem też książkę.
- To ja może wejdę sobie do jacuzzi, póki nie ma tam twoich sików.
- A idź pan.
Zanim jednak znaleźliśmy się w hotelu, odbyliśmy bardzo wyczerpującą podróż.

LOT W NIEZNANE

- Komin, ty pacz na tę mapę.
- Co z nią?
- Chyba wsiedliśmy nie do tego samolotu co trzeba.
Faktycznie. Maszyna zdecydowanie nie zmierzała tam, gdzie w sumie i tak nie chcieliśmy dolecieć.

- Cierpliwości Andrzej. To pewnie jakaś drobna pomyłka.
- Może powinniśmy wyłączyć komórki?
- Oj nie panikuj już tak.

- Komin, Anglia??
- Shut up.

- Komin, Grenlandia??
- Milcz i odmawiaj zdrowaśki. Lecimy trasą Titanica.

Nad Kanadą samolot ostro skręcił w lewo i wtedy stało się jasne…

Jakieś brudasy porwały samolot, aby uderzyć w WTC.

Próbowaliśmy wysiąść, ale te drzwi okazały się atrapą.
Andrzej zasnął. Kominek też.

Parę godzin później…
- Może jedzonka? – zapytała przemiła stewardesa o przemiłej twarzy:

- A co może pani polecić?
- Makaron z kurczakiem i sałatką, albo to co zostało ze śniadania, które podawałam, gdy smacznie spaliście.
- Trza było budzić.
- Próbowałam, ale ten twój kolega jednym machnięciem łapy starł mi cały puder z twarzy.
- On tak zawsze, gdy ma mokre sny. W takim razie ja poproszę ten makaron z kurczakiem i sałatką…

-… a jemu za karę daj to gówno, które zostało ze śniadania.
Stewardessa spojrzała na śpiącego Andrzeja, któremu ślina ściekała w kąciku ust.
- Z przyjemnością.

I zgodnie z zamówieniem dostał…

- Komin, co to za gówno? – zapytał przecierając oczy o przebudzeniu.
- Przyzwyczajaj się. Tam, gdzie lecisz tylko takie dają.
- I ty to zjadłeś? – spojrzał na mój pusty talerz.
- Wylizałem do reszty. Bardzo smaczne. Zwłaszcza ten chlebuś.
Andrzej rozejrzał się na boki.
- Te, hungry jesteś? – zapytał sąsiadki.
- Very!
- To bierej i żryj.
- Thank you very much!

Ta sama sąsiadka godzinę później. Po 3 wizytach w kiblu…

To, co zjadła musiało być zaraźliwe, bo dopadło także i jej sąsiadów…

I w ten sposób liczba żywych pasażerów zmniejszyła się o połowę. Dla zmniejszenia balastu wyrzucono przez okno kilku czarnych i jednego pilota. Oszczędzono kobiety i dzieci.

Ale koszmar miał się dopiero zacząć, bo na ekranach rozmieszczonych na całej długości pojawiły się schizowe filmy. To była odpowiedź na pretensje pasażerów, że już nie chcą oglądać kolejnego odcinka M jak Miłość.
Wyjaśniam treść:

Drodzy pasażerowie, jeśli zjecie nasze potrawy…


…to lepiej zacznijcie się modlić…

… bo zdechniecie.

JESTEŚMY NA MIEJSCU
Na przekór wszystkiemu dolecieliśmy.
Odprawa poszła błyskawicznie. Łapiąc się ostatniej brzytwy ratunkowej, celowo wypełniliśmy wizy zakreślając gwiazdki przy pytaniach o posiadanie narkotyków, broni, gotówki powyżej 10 tys. $ i na dodatek wpisaliśmy, że obaj jesteśmy małżeństwem, ale to nic nie dało.
Pan z kontroli nawet nie spojrzał do paszportów.
I całe szczęście, bo Andrzej w swoim stylu zakpił sobie z baranów i podał cieciowi… falsyfikat.

- Kominku, nic już się nie da zrobić. Naprawdę zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby nie dolecieć. Może gdybym skopał tę stewardesę, wtedy by nas cofnęli…
- Nie spałeś, gdy ją maznąłeś łapą?
- A skąd! Głupia pipa dostała za swoje. Nie chciała nam podać poduszek i koca przecież.
- Dobra, jedziemy do hotelu. Tam odreagujemy…
- O tak. Niech mi tylko jakiś robaczek wyskoczy, woda będzie zimna, pyłek kurzu znajdę na stoliku…
- Na początek musimy się zdezynfekować.

Obaj nieco odmiennie rozumieliśmy dezynfekowanie, bo Andrzej zamówił płyn bez bąbelków…

…ja zaś preferowałem z bąąąbelllkamyy..

Mimo całej niechęci do wyjazdu i naszego bojowego nastawienia, muszę uczciwie przyznać, że jest coś pięknego w chwili, gdy ostatniego dnia roku ściągasz z siebie zimowe ubrania i wskakujesz do gorącego jacuzzi na własnym tarasie. Na twarzy czujesz delikatne i ciepłe krople chwilowego deszczu, otwierasz puszkę koli, bierzesz do łapy gazetę i choćbyś nie wiem jak bardzo się starał nie mieć całego świata w dupie, to właśnie w dupie go masz. Nikt i nic nie jest w stanie zmącić piękna tej chwili.
No prawie nic, bo jeszcze nie wyschnąć mi jajka, a los okrutnie sobie z nas zakpił wystawiając na pośmiewisko tubylców, ale o tym wspomnę następnym razem. O kobietach też będzie, bo los pokarał nas nimi już podczas sylwestrowej nocy.
Teraz nie mam czasu, bo u was pewnie dochodzi już 21:00, a mnie wołają na obiad.
Alabala wam!

 

W kolejnym odcinku:

- Mister Anszei. Very sorry. This is only for you. – wycedził przez swe skromne uzębienie będące wierną repliką Stonehenge. I położył swoją maskotkę na wielkim talerzu, po czym wytarł ręce o fartuch kumpla i odszedł. Ja też dostałem świnię, ale nieco mniejszą i już z każdej strony obgryzioną.

- Andrzej, mieliśmy pogadać o tym, co tu będziemy robili przez najbliższe dwa tygodnie. - No. - Co ustaliłeś?